czwartek, 16 lutego 2017

Wieści z frontu

Aresztant miewa się dobrze. Po fazie niedowierzania, złości, a potem depresji aktualnie chyba już pogodził się z faktem, że został uwięziony w boksie. Ja chyba trochę też.

Narzekać na podłą rudość nie mogę, zdecydowanie nie. Zwarzywszy na sytuację jest grzeczny. Spaceruje na kantarze i uwiązie bez problemu, nie odwala, nie płoszy się nawet jak inne konie galopują i skaczą wokół niego. Czasem go nachodzi i się wlecze niemiłosiernie a na próby przyspieszenia próbuje mi rękę odgryźć, ale to tylko drobna niedogodność w porównaniu z tym co konie w areszcie boksowym potrafią wyprawiać.

Tyle kilometrów ile z nim przeszłam w ciągu ostatnich dwóch miesięcy po hali to już spokojnie na pielgrzymkę bym poszła. Niestety do karuzeli puścić  nie mogłam mimo, ze zgoda była, bo została ona pokryta grubą warstwą lodu i można było spokojnie w niej na łyżwach jeździć. Jak na złość zima postanowiła zostać na dłużej, a tony wysypanej soli nic nie zdziałały. Więc chodziliśmy.
Zeszłotygodniowa kontrola do której odliczałam każdy dzień również nie wypadła pomyślnie. Prawie dwa miesiące i mimo aresztu, spacerów, ultradźwięków i zawijania na noc okazało się, że postęp leczenia jest… żaden! Stoimy w punkcie wyjścia. A wet prowadzący nie ma pomysłu na leczenie poza czekaniem. Ta strategia była dla mnie całkowicie niezadowalająca, ponieważ skoro nic się nie wydarzyło przez ten czas to jaką mam gwarancję, że za miesiąc coś się zmieni? Żadną. A w jego wieku każdy dzień stania działa mocno na naszą niekorzyść. Nie pozostało mi nic innego jak zmienić weta.

Drugi wet orzekł, że zmiana nie jest duża w tym sensie, że nie ma całkowitej dziury w więzadle, a jest sito. Koń z dużym prawdopodobieństwem mógłby z tym chodzić nie kulejąc nawet latami. Pfff i po co mi była ta dociekliwość??? Okazało się, że ewidentnie jest to uraz wynikający z przeciążenia, a nie jednorazowego wybryku co poprzedni wet określił jako niemożliwe do stwierdzenia. Brak stanu zapalnego od początku wykrycia kontuzji oraz wiek konia wróżyły kłopoty już na starcie i właściwie powinniśmy od początku wkroczyć z bardziej intensywnym leczeniem. No nic. Po rozważeniu wszytskich możliwości, a także za i przeciw zdecydowałam się na blistrowanie. Niehumanitarną, barbarzyńską, średniowieczną i wywołującą cierpienie konia metodę… Bez żadnych wyrzutów sumienia na dodatek. I jeszcze koń nie raczy cierpieć, a przynajmniej tego cierpienia nie okazuje. No poza cierpieniem wynikającym z założenia kagańca na pierwszą noc, żeby nie wpadł na pomysł przy tej nodze majstrować i przy okazji sobie ryj zblistrować.



Do tego zmiana sposobu werkowania i stęp do oporu – w karuzeli, w ręku, pod siodłem, jakkolwiek byle nic poza stępem. I odliczamy dni do kolejnej kontroli. Proszę trzymać kciuki, bo mi się powoli kończy limit na złe wiadomości. No i… pojeździłabym…

środa, 25 stycznia 2017

Mocniej, bardziej, zajebiściej, czyli the best of 2016

Chwilowo jesteśmy na L4, ale... Liczę, że wrócimy do pełnej formy, do treningów i do startów. N klasa wciąż na nas czeka. Może nie zaczniemy na początku sezonu, ale...

Tymczasem tradycyjnie już podsumowanie poprzedniego roku. Z przymrożeniem oka ;)


sobota, 7 stycznia 2017

Czarne chmury nad krainą tęczowych jednorożców

Dwa dni przed świętami na nodze Dodka pojawiło się delikatne zgrubienie. Bez obrzęku. Nie kulał. Zaniepokoiło mnie jednak, że zaczęło mu coś strzelać w tej nodze. Oczywiście wet przekonywał mnie, że histeryzuję i to nic nie oznacza, po prostu niektórym koniom strzela w stawach. Owszem tak jest, ale nie Dodkowi. Nigdy. Tym bardziej, że strzelanie nasilało się im dłużej chodził. Oczywiście nie udało mi się nikogo ściągnąć przed świętami, więc został uwięziony w boksie i wychodził jedynie na 15 minutowe spacerki.

Po świętach przyjechał wet. Spodziewałam się, że tym razem to nie jest błahostka, ale i tak diagnoza trochę mnie załamała. Nawet trochę bardzo... Mamy uszkodzone więzadło dodatkowe ścięgna mięśnia zginacza palców. Leczenie to przede wszystkim ograniczenie ruchu i doktor czas. Przed nami dwa miesiące aresztu i stępowania do kontrolnego USG. Czas powrotu do pełnej sprawności około pół roku. Także nad krainą tęczowych jednorożców zebrały się ciemne chmury i zapanował w niej smutek.

Bardzo mi zależało, żeby możliwie złagodzić negatywne skutki aresztu boksowego, gdyż już po tygodniu mimo obcięcia żarcia konik zaczął się robić delikatnie mówiąc mało przyjemny w kontaktach z człowiekiem. Zrobiłam mu nawet kwaterę niewiele większą od boksu, żeby mógł się wietrzyć, a jednocześnie nie latał jak wariat. Trzy dni go pilnowałam i stał grzecznie, podziwiając chmurki i jedząc sianko. Po trzech dniach przestałam pilnować, a on dostał szału, zdemolował kwaterę i na tym zakończyliśmy padokowanie. Ciężko mi z tym, że stoi w boksie, zależało mi bardzo, żeby wychodził chociaż na małą kwaterę, dla jego dobra i samopoczucia. W chwili obecnej po spacerze w ręku wypuszczam go na lonżownik, gdzie zjada obiad i może się wytarzać. I pilnuję, żeby był grzeczny. Dziś nawet pochodził 2 godziny. Jak mrozy przejdą chyba zrobię jeszcze jedno podejście do padokowania. Może kwatera była za mała i jego ego się tam nie zmieściło. Na lonżowniku zachowuje się grzecznie mimo zdecydowanie większej przestrzeni.

Odliczam każdy dzień, by znów wrócić w siodło.

piątek, 7 października 2016

Skąd on to umi?

Nic ostatnio nie pisałam, bo zarobiona jestem po uszy, ale robota u nas nie stoi :) Dzielnie działamy i walczymy.

Z racji dużego obłożenia pracą, dziesiątek nadgodzin i na dokładkę jakiegoś wirusa, który ostatecznie mnie pozbawił sił i chęci do życia w zeszłą niedzielę rudą Podłość dosiadła trenerka. Uznałam to za wariant sensowniejszy, gdyż podły koń szybko wietrzy słabość i bezceremonialnie ją wykorzystuje, więc moja jazda nie miałaby większej wartości szkoleniowej. Poza tym kontrolnie sprawdzić nie zaszkodziło czy wszystko gra jak powinno.

Oczywiście Dodek szybko się zorientował, że ja wsiadać nie będę i rzucał mi spojrzenia z pogróżkami już w drodze na plac, a ja dzielnie mu tłumaczyłam, że tym razem to nie za karę ;) Rozsiadłam się na placu, na słoneczku i przez godzinę podziwiałam konia w robocie co jakiś czas w przerwach na stępa wrzucając mu cukier do paszczy, Tego dnia okazał się być niezwykle miłym, mądrym i współpracującym koniem. Kto by się spodziewał? Zaprezentował już bardzo przyzwoite ciągi w kłusie. Okazało się również, że mimo, że nigdy nie ćwiczyliśmy zrobił trawersy i łopatki w galopie oraz ciągi w galopie. Oczywiście wszystko jeszcze takie świeże, nieporadne, ale działa! Ot tak, mówisz i jedziesz. Kiedy on się tego nauczył? Przepełnia mnie duma i radość, że mój stary koń tak dzielnie się spisuje i wciąż progresuje. Rodzi to jednak nowy problem do pokonania. Koń przerósł jeźdźca. Niestety. W chwili obecnej to ja jestem czynnikiem, który go ogranicza i hamuj. Także trzeba brać się za siebie, bo jak tak na niego patrzyłam w mojej głowie powoli rodził się nowy cel do osiągnięcia, cel przez duże C! Jeśli tylko zdrowie pozwoli.






czwartek, 4 sierpnia 2016

Czarna seria

Około 1,5 miesiąca temu Dodek zaczął znaczyć. Oczywiście nosił ślady bojowe na ciele, więc z góry założyłam, że to efekt łąkowych starć. Niestety kulawizna się nasiliła.

Pierwsza wizyta weterynarza. Noga czysta, stan podgorączkowy, w badaniu czułkami nic, znieczulenia nic nie wykazały. Postawiliśmy jednak na ropę i założyliśmy opatrunek. Dwa dni później koń zaczął gorączkować i przestał jeść, skakał na 3 nogach. Przyjechał weterynarz. W badaniu czułkami ponownie nic, ale ewidentnie ropa. Łatwo nie było, ale udało się ją zlokalizować i ewakuować. Zostawiliśmy ujście, jednak mimo tego ropa wyszła jeszcze w 3 innych miejscach m. in rozwalając obie piętki. Po tygodniu wizyta kowala. Kowal się złapał za głowę, a jego komentarz na temat stanu kopyta składał się z samych przekleństw... Nie dawał nam zbyt wielkich nadziei na szybki powrót do jeździectwa, no ale rozczynił na ile się dało kazał nie tracić nadziei ;). Minął kolejny tydzień, a koń jak macał tak macał dalej. Wciąż miałam nadzieję na start na koniec lipca, więc zapadła decyzja o podkuciu na wkładki. Koń wrócił do pracy. 

Kilka dni później po jeździe pojawiły się objawy kolkowe. Rozeszło się po 20 min i nic więcej się nie wydarzyło. Mi od razu zapaliła się czerwona lampka - wrzody! Koń łyka, niezbyt rozsądnie żywiony w młodości, okresowe spadki formy i wagi, ciężki do odkarmienia. I tak się biłam z myślami o gastroskopii. 

Trzy dni później w sobotę postanowiłam dla rozluźnienia pojechać do lasu. Nie dość, że wróciłam bez podkowy... po terenie znów pojawiły się objawy bólowe... Mniej nasilone, szybciej przeszło. No i decyzja o gastroskopii zapadła. Wizja wyjazdu na zawody ostatecznie umarła.

Przeżyliśmy głodówkę i gastroskopię. Dodek wrzodów nie ma. Zrobiłam badanie krwi. Wyniki niemal idealne - okaz zdrowia. Jedyne co to podwyższone eozynofile. Czekamy na badanie kału, może jednak pasożyty? Bo jak nie pasożyty to ja już nie wiem co... Może powinnam się na głowę leczyć? Ja na złość od gastroskopii objawów bólowych nie było, a koń pracuje jak złoto! Żeby było śmieszniej to w międzyczasie była u nas również Magda Saracyn na umówionym wcześniej masażu i orzekła, że Dodek jest w najlepszej formie od 3 lat! I jak nigdy nie było żadnych zastrzeżeń do pleców, siodło leży idealnie. 

piątek, 27 maja 2016

Konik na wypasie

W połowie maja rozpoczęliśmy długo wyczekiwany sezon pastwiskowy. Wielkie wypuszczenie na łąkę odbyło się na tydzień przed zawodami. Długo biłam się z myślami czy puszczać Jego Podłość do stada i ryzykować uraz, który uniemożliwi nam start czy przetrzymać drania jeszcze tydzień. Ostatecznie wypuszczenie koni w piatek po południu przebiegło nadzwyczaj spokojnie, więc zaryzykowałam. O dziwo pasł się kulturalnie na uboczu, z dala od wszelkich bójek. I tak było cały weekend. Pilnowałam go od rana do wieczora. W końcu doszłam do wniosku, ze w wieku lat 18 poszedł po rozum do głowy i trzyma się z dala od kłopotów. Po 3 dniach w stadzie nie miał nawet ryski, pasł się kulturalnie lekko na uboczu i nie ruszały do nawet dzikie galopady młodzieży. Jak się okazało to była tylko pokazówka... Jak tylko pańcia przestała patrzeć, cóż... We wtorek już dumnie nosił na ciele ślady licznych starć. Na szczęście jedynie powierzchowne.

Przebolałam, że pojechałam na zawody na poobdzieranym koniu. Warto było, bo łąka mu bardzo dobrze robi na głowę :)




niedziela, 8 maja 2016

Goldenhorse 1-sze starcie

23-24 kwietnia wzięliśmy udział w I eliminacjach Goldenhorse Dressage Cup. Pierwsze "poważne" zawody regionalne ;)

Z racji odległości, dla własnej wygody pojechaliśmy dzień wcześniej. Oczywiście Dodek nie był jakoś hurraoptymistyczne nastawiony do tej wycieczki, ale udało się nam zapakować go do przyczepy w 30 min. W sumie to bardziej odpowiednim słowem byłoby wepchnąć. Zajechaliśmy późno, także po zaopatrzeniu go w wodę, siano i kolację porzuciłam go w ciemnym, obcym miejscu, z dala od domu i znajomych twarzy.

Rano okazało się, że chyba całą noc dzielnie pracował nad zrobieniem podkopu i wydostaniem się z boksu, bo wygrzebał całkiem sporą dziurę w ziemi pod drzwiami. Na szczęście nie udało mu się zrealizować tego planu. Był poddenerwowany i przy każdym uchyleniu drzwi boksu próbował wyjść taranem, nie zważając nawet na wiadro ze śniadaniem. W celu uspokojenia emocji zabrałam go po śniadaniu na spacer, robiąc za poranną karuzelę, a potem jeszcze na popas na trawie co pozwoliło mi opanować nieco jego skołatane nerwy. Jak się później okazało nie na długo...

Pierwszy wjazd na rozprężalnię był ciężko dla nas obojga. Dużo koni, dużo emocji. Nie byłam w stanie stępować, nie byłam w stanie się odnaleźć i cokolwiek pojechać. Ciągle ktoś mi skądś wyjeżdżał, zajeżdżał, nie ogarnęliśmy tego tłumu. bazując na wcześniejszych doświadczeniach postawiłam na krótkie rozprężenie. Błąd. Ostre słońce i brak maski dodakowo komplikowały sytuację.

Pierwszy konkurs L2 pojechałam jak dupa wołowa, na sztywnym, wyryjonym koniu starając się jako tako pojechać rysunek i jeszcze zrobiłam drobną pomyłkę w programie, co zaowocowało najgorszym w mojej "karierze" wynikiem 56,136%. Ile ja się musiałam za to nasłuchać od trenerki to aż uszy więdły...


Bez przerwy wróciliśmy na rozprężalnię, ponieważ w niedługim odstępie jechałam P2. Drugie podejście do rozprężenie wypadło już nieco lepiej, emocje trochę opadły, ja zaczęłam się orientować. Poza drobnym incydentem, gdzie wykręcając piruet wygalopowałam z rozprężalni poszło całkiem nieźle ;) W P2 prowadził się już niebo lepiej. Oczywiście nie obyło się bez błędu w postaci złego zgalopowania, ale reszta wypadła nieźle i ujechaliśmy 60%.

Drugiego dnia rano Dodek już był w znacznie lepszym nastroju, a boks nie nosił śladów wskazujących na podejmowanie prób ewakuacji w nocy. Mało tego słoma w ogonie i zagniecenia na brzuchu wykazywały na to, że się leżał w nocy. Na rozprężali zachowywał się spokojniej, pogoda sprzyjała nam zdecydowanie bardziej ze względu na brak słońca. Obyło się bez incydentów.

Mimo całej sielanki L3 pojechaliśmy tak sobie, tzn. dużo lepiej niż poprzedniego dnia, ale też poniżej naszych możliwości. W każdym razie bez rażących błędów, nieco sztywno. Wynik 60,455%. Przynajmniej na tyle zadowalająco, że nie musiałam wysłuchiwać gromów ciskanych we mnie przez trenerkę ;)




Nasz ostatni konkurs to P4. Moje ulubione P4, które ma cudownie długą partię kłusa wykańczającą mnie mniej więcej w połowie, a dalej już modlę się o to, żeby dojechać do końca. W przejeździe mieliśmy dwa błędy, oba z mojej winy. Pierwszy to podkłusowanie w stępie wyciągniętym, gdzie czułam, że nie wycisnę więcej, a jednak próbowałam... A drugi... Sama nie jestem w stanie zrozumieć. Właściwie to najbardziej idiotyczny błąd jaki zdarzyło mi się popełnić i jeszcze długo, długo będę wysłuchiwać jak mogłam to zrobić... Zagalopowanie ze stępa. Piękne zagalopowanie wyhamowałam w połowie fuli, co Dodek odebrał jako sygnał, że poszedł ze złej nogi. Dlaczego?! Potem dwa pod rząd na złą nogę i dopiero na czwartym razem zagalopowanie znów na właściwą. Nie wiem co zaszło, nie wiem jak do tego doszło, nie rozumiem dlaczego. Szczęście w nieszczęściu, ze to zagalopowanie było połączone z oddaniem wodzy w galopie, które zrobiliśmy bardzo dobre, co znacznie uratowało ocenę. Wynik 59,318%.

Tym razem nie udało nam się wyjechać do dekoracji, choć w P4 o dziwo było bardzo blisko. Wyniki poza nieszczęsnym L2 niezłe, choć jest niedosyt, że to było poniżej naszych obecnych możliwości. Pierwsze doświadczenie dwudniowych zawodów za nami i mam nadzieję, ze będzie tylko lepiej. Na pewno wiemy nad czym pracować.

Załadunek w drodze powrotnej zaskakująco szybki. Dodek tak bardzo chciał wracać do domu, że z przymrożeniem oka ledwo zdążyłam otworzyć trap, tak się pchał do przyczepy.