Goldenhorse 1-sze starcie

23-24 kwietnia wzięliśmy udział w I eliminacjach Goldenhorse Dressage Cup. Pierwsze "poważne" zawody regionalne ;)

Z racji odległości, dla własnej wygody pojechaliśmy dzień wcześniej. Oczywiście Dodek nie był jakoś hurraoptymistyczne nastawiony do tej wycieczki, ale udało się nam zapakować go do przyczepy w 30 min. W sumie to bardziej odpowiednim słowem byłoby wepchnąć. Zajechaliśmy późno, także po zaopatrzeniu go w wodę, siano i kolację porzuciłam go w ciemnym, obcym miejscu, z dala od domu i znajomych twarzy.

Rano okazało się, że chyba całą noc dzielnie pracował nad zrobieniem podkopu i wydostaniem się z boksu, bo wygrzebał całkiem sporą dziurę w ziemi pod drzwiami. Na szczęście nie udało mu się zrealizować tego planu. Był poddenerwowany i przy każdym uchyleniu drzwi boksu próbował wyjść taranem, nie zważając nawet na wiadro ze śniadaniem. W celu uspokojenia emocji zabrałam go po śniadaniu na spacer, robiąc za poranną karuzelę, a potem jeszcze na popas na trawie co pozwoliło mi opanować nieco jego skołatane nerwy. Jak się później okazało nie na długo...

Pierwszy wjazd na rozprężalnię był ciężko dla nas obojga. Dużo koni, dużo emocji. Nie byłam w stanie stępować, nie byłam w stanie się odnaleźć i cokolwiek pojechać. Ciągle ktoś mi skądś wyjeżdżał, zajeżdżał, nie ogarnęliśmy tego tłumu. bazując na wcześniejszych doświadczeniach postawiłam na krótkie rozprężenie. Błąd. Ostre słońce i brak maski dodakowo komplikowały sytuację.

Pierwszy konkurs L2 pojechałam jak dupa wołowa, na sztywnym, wyryjonym koniu starając się jako tako pojechać rysunek i jeszcze zrobiłam drobną pomyłkę w programie, co zaowocowało najgorszym w mojej "karierze" wynikiem 56,136%. Ile ja się musiałam za to nasłuchać od trenerki to aż uszy więdły...


Bez przerwy wróciliśmy na rozprężalnię, ponieważ w niedługim odstępie jechałam P2. Drugie podejście do rozprężenie wypadło już nieco lepiej, emocje trochę opadły, ja zaczęłam się orientować. Poza drobnym incydentem, gdzie wykręcając piruet wygalopowałam z rozprężalni poszło całkiem nieźle ;) W P2 prowadził się już niebo lepiej. Oczywiście nie obyło się bez błędu w postaci złego zgalopowania, ale reszta wypadła nieźle i ujechaliśmy 60%.

Drugiego dnia rano Dodek już był w znacznie lepszym nastroju, a boks nie nosił śladów wskazujących na podejmowanie prób ewakuacji w nocy. Mało tego słoma w ogonie i zagniecenia na brzuchu wykazywały na to, że się leżał w nocy. Na rozprężali zachowywał się spokojniej, pogoda sprzyjała nam zdecydowanie bardziej ze względu na brak słońca. Obyło się bez incydentów.

Mimo całej sielanki L3 pojechaliśmy tak sobie, tzn. dużo lepiej niż poprzedniego dnia, ale też poniżej naszych możliwości. W każdym razie bez rażących błędów, nieco sztywno. Wynik 60,455%. Przynajmniej na tyle zadowalająco, że nie musiałam wysłuchiwać gromów ciskanych we mnie przez trenerkę ;)




Nasz ostatni konkurs to P4. Moje ulubione P4, które ma cudownie długą partię kłusa wykańczającą mnie mniej więcej w połowie, a dalej już modlę się o to, żeby dojechać do końca. W przejeździe mieliśmy dwa błędy, oba z mojej winy. Pierwszy to podkłusowanie w stępie wyciągniętym, gdzie czułam, że nie wycisnę więcej, a jednak próbowałam... A drugi... Sama nie jestem w stanie zrozumieć. Właściwie to najbardziej idiotyczny błąd jaki zdarzyło mi się popełnić i jeszcze długo, długo będę wysłuchiwać jak mogłam to zrobić... Zagalopowanie ze stępa. Piękne zagalopowanie wyhamowałam w połowie fuli, co Dodek odebrał jako sygnał, że poszedł ze złej nogi. Dlaczego?! Potem dwa pod rząd na złą nogę i dopiero na czwartym razem zagalopowanie znów na właściwą. Nie wiem co zaszło, nie wiem jak do tego doszło, nie rozumiem dlaczego. Szczęście w nieszczęściu, ze to zagalopowanie było połączone z oddaniem wodzy w galopie, które zrobiliśmy bardzo dobre, co znacznie uratowało ocenę. Wynik 59,318%.

Tym razem nie udało nam się wyjechać do dekoracji, choć w P4 o dziwo było bardzo blisko. Wyniki poza nieszczęsnym L2 niezłe, choć jest niedosyt, że to było poniżej naszych obecnych możliwości. Pierwsze doświadczenie dwudniowych zawodów za nami i mam nadzieję, ze będzie tylko lepiej. Na pewno wiemy nad czym pracować.

Załadunek w drodze powrotnej zaskakująco szybki. Dodek tak bardzo chciał wracać do domu, że z przymrożeniem oka ledwo zdążyłam otworzyć trap, tak się pchał do przyczepy.






Komentarze

Popularne posty