Konik wodny

Majówkę spędziliśmy na treningach i spacerkach na łąkę pod lasem. Po ostatnich zwodach mamy sporo rzeczy do poprawki, a kolejne zbliżają się wielkimi krokami :) Żeby jednak nie zamęczyć konia krążeniem w kółko ostatniego dnia majówki wybraliśmy się w teren.

Nasz pierwszy wypad nad Narew w towarzystwie 5 innych koni. Szczerze mówiąc wybrałam się z nimi jedynie w celu rozpoznania trasy, bo preferuję mniejsze grupy, tym bardziej, że Dodek lubi się nakręcać w terenie zwłaszcza w towarzystwie innych koni.

Droga nad rzekę przebiegła raczej spokojnie. Nie jest to może najbardziej przyjazna końsko trasa, ale też nie jest najgorzej. Nad samą rzeką sporo poszaleliśmy. Uwielbiam zabawy w wodzie! Zawsze kończy się to wodą w butach, przemoczonymi bryczesami i błotem w zębach, ale cóż... kto by się przejmował ;)

Droga powrotna już była zdecydowanie gorsza. Niestety nad rzeką spotkaliśmy motocyklistę na motorze krosowym, którego terenowe wyczyny tak skutecznie wyprowadziły Dodka z równowagi, że już do samego domu jechałam na podenerwowanym, tańczącym, caplującym i ciągnącym koniu. Mózg mu się zagotował, styki się przegrzały i straciłam z nim łączność. Dodek jest koniem, który raz zagotowany do takiego stanu nie da się już uspokoić. Jednym rozwiązaniem jest zakończyć jazdę i dać mu ochłonąć. Tutaj się nie dało, bo przecież musieliśmy jakoś do domu wrócić. Także cała droga powrotna była walką o przetrwanie. Niemal 1,5 godz. stępa do samego domu, a on nie uspokoił się nawet na chwilę i wrócił mokry jak szmata. Kochany koniczek...

Mimo, że naprawdę bardzo się starałam nie zamordować go w drodze powrotnej... co poszaleliśmy nad rzeką to nasze!





Komentarze

Popularne posty