Wieści z frontu

Aresztant miewa się dobrze. Po fazie niedowierzania, złości, a potem depresji aktualnie chyba już pogodził się z faktem, że został uwięziony w boksie. Ja chyba trochę też.

Narzekać na podłą rudość nie mogę, zdecydowanie nie. Zwarzywszy na sytuację jest grzeczny. Spaceruje na kantarze i uwiązie bez problemu, nie odwala, nie płoszy się nawet jak inne konie galopują i skaczą wokół niego. Czasem go nachodzi i się wlecze niemiłosiernie a na próby przyspieszenia próbuje mi rękę odgryźć, ale to tylko drobna niedogodność w porównaniu z tym co konie w areszcie boksowym potrafią wyprawiać.

Tyle kilometrów ile z nim przeszłam w ciągu ostatnich dwóch miesięcy po hali to już spokojnie na pielgrzymkę bym poszła. Niestety do karuzeli puścić  nie mogłam mimo, ze zgoda była, bo została ona pokryta grubą warstwą lodu i można było spokojnie w niej na łyżwach jeździć. Jak na złość zima postanowiła zostać na dłużej, a tony wysypanej soli nic nie zdziałały. Więc chodziliśmy.
Zeszłotygodniowa kontrola do której odliczałam każdy dzień również nie wypadła pomyślnie. Prawie dwa miesiące i mimo aresztu, spacerów, ultradźwięków i zawijania na noc okazało się, że postęp leczenia jest… żaden! Stoimy w punkcie wyjścia. A wet prowadzący nie ma pomysłu na leczenie poza czekaniem. Ta strategia była dla mnie całkowicie niezadowalająca, ponieważ skoro nic się nie wydarzyło przez ten czas to jaką mam gwarancję, że za miesiąc coś się zmieni? Żadną. A w jego wieku każdy dzień stania działa mocno na naszą niekorzyść. Nie pozostało mi nic innego jak zmienić weta.

Drugi wet orzekł, że zmiana nie jest duża w tym sensie, że nie ma całkowitej dziury w więzadle, a jest sito. Koń z dużym prawdopodobieństwem mógłby z tym chodzić nie kulejąc nawet latami. Pfff i po co mi była ta dociekliwość??? Okazało się, że ewidentnie jest to uraz wynikający z przeciążenia, a nie jednorazowego wybryku co poprzedni wet określił jako niemożliwe do stwierdzenia. Brak stanu zapalnego od początku wykrycia kontuzji oraz wiek konia wróżyły kłopoty już na starcie i właściwie powinniśmy od początku wkroczyć z bardziej intensywnym leczeniem. No nic. Po rozważeniu wszytskich możliwości, a także za i przeciw zdecydowałam się na blistrowanie. Niehumanitarną, barbarzyńską, średniowieczną i wywołującą cierpienie konia metodę… Bez żadnych wyrzutów sumienia na dodatek. I jeszcze koń nie raczy cierpieć, a przynajmniej tego cierpienia nie okazuje. No poza cierpieniem wynikającym z założenia kagańca na pierwszą noc, żeby nie wpadł na pomysł przy tej nodze majstrować i przy okazji sobie ryj zblistrować.



Do tego zmiana sposobu werkowania i stęp do oporu – w karuzeli, w ręku, pod siodłem, jakkolwiek byle nic poza stępem. I odliczamy dni do kolejnej kontroli. Proszę trzymać kciuki, bo mi się powoli kończy limit na złe wiadomości. No i… pojeździłabym…

Komentarze

Popularne posty