Jeździctwo to narkotyk

Jeździectwo uzależnia. O tym jak bardzo uzależnia i jak bardzo jest mi w życiu potrzebne przekonałam się niechcący w czasie kontuzji mojego konia. Od 22 grudnia do 19 lutego nie siedziałam na koniu poza luźnym stępowaniem na kantarze i na oklep na kontuzjowanym rudym. Jazdą tego nazwać nie można. I właściwie byłam z tym w pełni pogodzona. Nie można powiedzieć, że byłam nieszczęśliwa. Po prostu robiłam co musiałam. Codziennie do stajni. Spacery w ręku, ewentualnie wsiadłam sobie potupać na oklep jak mi się chodzić nie chciało.

19 lutego wsiadłam na konia trenerki. Miałam to obiecane od momentu postawienia diagnozy jako nagrodę pocieszenia. Wszystko się mocno odwlekło w czasie z powodu różnych niesprzyjających okoliczności zewnętrznych, ale w końcu wsiadłam. Na pierwszą po przerwie "normalną" jazdę. Rudy był wtedy świeżo po kontroli weta, gdzie okazało się, że nie ma postępów leczenia oraz świeżo po wizycie drugiego weta i blistrowaniu, także moje nastawienie było raczej mało entuzjastyczne. 

Początkowo czułam się jakbym milion lat na koniu nie siedziała. Z każdym krokiem stępa, z każdym taktem kłusa, z każdym skokiem galopu... powoli wracało. Zsiadam z tym uczuciem, które zawsze mam na koniec treningu - robota wykonana, zmęczenie, satysfakcja, niedosyt - chcę więcej, planowanie już w głowie kolejnego treningu, analizowanie co poprawić. Wracałam do domu z ogromnym bananem na twarzy i uświadomiłam sobie, jak dawno tego nie czułam. I jak bardzo mi tego brakowało. 



Następnego dnia wsiadłam na rudego z zupełnie innym nastawieniem. Tylko stęp? Nie ważne. Ważne, ze możemy robić ćwiczenia, wdrażać się, doszlifować podstawy. I nagle to stępowanie zaczęło mi sprawiać przyjemność. Odnalazłam w nim cel i odnalazłam w sobie nadzieję, że to jeszcze nie koniec. Jedna jazda dała mi takiego kopa...

Minął kolejny miesiąc. Wizyta kontrolna po miesiącu od blistrowania. W międzyczasie w pełni wdrożyliśmy się w pracę w stępie - ustępowania, łopatki, trawersy, ciągi, półpiruety. Stres, strach i nadzieja pomieszane razem. Gorsze niż pierwsza wizyta po zauważeniu urazu, gorsze niż wizyta kontrolna z niezbyt dobrymi wieściami. I okazało się, że jest dobrze! Zaczynamy wdrażanie do pracy od 5 min kłusa. Chwilę później koleżanka weszła do stajni i powiedziała: nie muszę pytać, widzę, że jest dobrze. Moja euforia wypełniła całą stajnię: 5 minut kłusa! Znów wracałam do domu z bananem na twarzy, nie mogąc się doczekać pierwszego kłusa następnego dnia.


A dziś? Dziś piszę to wszystko, gdyż siedzę jak na szpilkach nie mogąc doczekać się jutra. Co będzie jutro? Od jutra możemy już kłusować 8 min i galopować 2 minuty. I pewnie znów wrócę z bananem na twarzy. Jeździectwo to narkotyk...

Komentarze

Popularne posty